Kiedyś życie na wsi było czymś zupełnie innym niż teraz. 2,3 pokolenia mieszkały w jednej chałupie, chacie, czasem wraz ze zwierzętami. Jej wyposażenie było bardzo proste i ubogie. Dla większości uprawa ziemi (swojej, cudzej) to był jedyny sposób - na życie, na przeżycie, na utrzymanie i wykarmienie rodziny - jaki znali. Ciężko pracowali w polu. Żeby nie głodować trzeba było pracować i to od najmłodszych lat. Starsze dzieci zajmowały się młodszymi, pracowały w polu, zbierały jagody, grzyby, młodsze pasły krowy, gęsi.
Traktowano ziemię, jej uprawę jako ojcowiznę, dziedzictwo przyszłych pokoleń. Ziemię, stosunek do niej rodzice przekazywali dzieciom. To budowało silne więzi międzypokoleniowe oraz między światem zmarłych przodków, a jeszcze nienarodzonymi potomkami.
W czasie żniw całe rodziny pracowały od rana do nocy.
Maluchy spały gdzieś w cieniu, pod drzewem, reszta miała ręce pełne roboty.
Gdy koło południe było najcieplej robiono przerwę na odpoczynek, posiłek.
Czasem nocowano na polu by nie tracić czasu.
Wszystkie prace wykonywano ręcznie sierpami, kosami. Nie
było kombajnów, snopowiązałek.
Chłopi, rolnicy byli biedni. Jeśli mieli buty to zakładali
je w niedzielę, do kościoła. Na co dzień chodzili boso. W polu, po ściernisku
również przez co mieli poranione stopy, ale to nie był powód, żeby poleżeć w
domu, odczekać aż rany się wygoją, poleniuchować.
Trudny okres zaczynał się, gdy wyczerpywały się zapasy
zgromadzone (dla ludzi, zwierząt) na zimę, a nowych jeszcze nie było. Dawniej
plony były marne i szybko się kończyły.
Zimą ludzie marzli, chorowali i umierali np. na zapalenie
płuc. O grubszych ubraniach, kożuchu to większość mogła pomarzyć.
Ludzie dostosowywali swoje życie do siania i zbierania. Nie
podróżowano, niezwykle rzadko opuszczano rodzinną wieś. Nie znano innego życia.
Tak żyli ich przodkowie, oni, a potem ich dzieci.
Rodzili się w danej wsi, tu żyli i tu umierali.
Nie mieli zbyt wielu rozrywek i ogrzewania, przez co więcej czasu spędzali
ze sobą (a nie przed telewizorem), małżonkowie dogrzewali się nawzajem stąd
wielodzietne rodziny.
Dzieci przydawały się do pomocy, do pracy.
Rany, choroby, zarazy, brud, brak higieny, niedożywienie,
głód, komplikacje podczas porodów, wojny zabijały naszych przodków. Kilkaset
lat wstecz medycyna nie była tak rozwinięta jak teraz. Nie znano środków
opatrunkowych, antybiotyków, nie robiono operacji, nie znano cesarskiego
cięcia, nie stosowano witamin, nie było szczepień, środków przeciwbólowych.
Ludzie częściej umierali, rzadziej dożywali starości.
Mało kogo było stać by posłać po/do lekarza. Lekarze też
musieli z czegoś żyć, mieli rodziny na utrzymaniu, więc raczej nie pomagali za
darmo. Dlatego leczono się np. ziołami.
Wyobrażacie sobie takie życie? Bez telefonów, światła, sklepów, szpitali. Bez względu na pogodę (upał, deszcz) trzeba było iść w pole i pracować. A do tego wielu nie umiało pisać, czytać, liczyć.
Wyobrażacie sobie takie życie? Bez telefonów, światła, sklepów, szpitali. Bez względu na pogodę (upał, deszcz) trzeba było iść w pole i pracować. A do tego wielu nie umiało pisać, czytać, liczyć.
Oczywiście oprócz chłopów, wyrobników była też szlachta
żyjąca w dworkach jak z „Pana Tadeusza”. Jeździli po swoich włościach na
koniach, które kosztowały więcej niż niejedna wieś. Kilku moich przodków wyjechało
do Ameryki, ale większość utrzymywała się z uprawy ziemi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz