piątek, 5 kwietnia 2019

Umieralność w XVIII, XIX wieku.


     W XVIII, XIX wieku umieralność, zwłaszcza w przypadku dzieci była bardzo wysoka. Oto przykład z mojego drzewa genealogicznego.

Jan Spychalski i Zuzanna Gordon mieli dzieci: 
Bartłomiej Spychalski 1836 - 1839 (żył 2 lata, 3 miesiące)
Gertruda Spychalska 1841 - ?
Jan Baptysta Spychalski 1842 -1844 (żył 2 lata)
Jakub Spychalski 1846 - 1847 (żył 6 miesięcy)
Katarzyna Spychalska 1837 - 1850 (żyła 12 lat)
Marianna/Marcjanna Spychalska 1852 - 1854 (żyła 2 lata)
Franciszek Spychalski 1849 - 1855 (żył 5 lat)

W tamtych czasach rodziło się dużo dzieci, ale i dużo umierało. Dzieci zawsze były (i są) bardziej narażone na choroby niż dorośli. 
W tamtych czasach szalały zarazy, a ludzie nie dbali o higienę, często głodowali, mieli obniżoną odporność, medycyna nie była na takim poziomie jak teraz, nie znano zbyt wielu leków, nie było szczepionek. 
Bardzo długo dzieci leczono tak samo jak dorosłych. Zajęło trochę czasu zanim odkryto choroby dziecięce. Pediatria jako samodzielna dziedzina została wyodrębniona w XIX wieku. 

Dzieci (tak jak i ich matki) umierały w trakcie porodu lub krótko po nim. Nie było USG, dzięki któremu teraz można wykryć wady wrodzone. 
Na początku cesarskie cięcie stosowano tylko po śmierci kobiety. Martwą rozcinano by ratować jej dziecko.
Obecnie dzieci operowane są w łonie matki. Kobiety rodzą w szpitalach, w sterylnych warunkach. W razie komplikacji lekarze interweniują. Dawniej nie miał kto i jak zatamować krwotoku, pomóc w razie złego ułożenia dziecka jeżeli kobieta rodziła sama, w chałupie, gdzie do tego wszystkiego nie było czysto, bo (jak już pisałam we wcześniejszym wpisie) ludzie mieszkali ze zwierzętami. Brak higieny osób przyjmujących poród (kobiet z rodziny, sąsiadek) też nie był bez znaczenia, tak jak i to, czy rodzącą było stać na wiejską akuszerkę, czy nie. 
Teraz wcześniaki mają coraz większe szanse na przeżycie. Kiedyś nie było inkubatorów, aparatury podtrzymującej życie.

Rodzice pracujący w polu pozostawiali dzieci samym sobie. Starsze zajmowały się młodszymi.  Skutki tej opieki bywały niestety tragiczne. Dzieciaki spadały z drzew, ulegały różnym wypadkom, topiły się (w rzekach, zimą pod lodem), zamarzały, zostawały kalekami, padały ofiarami dzikich zwierząt. 

"Jeżeli osesek szczęśliwie przeżył czas porodu i uniknął odwodnienia, bądź  prze -grzania (szczególnie w przypadku krępujących powijaków), czyhały nań  w pierwszej kolejności zaburzenia przewodu pokarmowego, przede wszystkim biegunka niemo - wlęca, dobrze znana w XVIII w. z częstego występowania w miesiącach  letnich  oraz  rozmaite  formy zatruć. Żywność, nie zawsze właściwie serwowana (groch, kapusta, kluski), przechowywana była w dodatku w warunkach całkowicie nieodpowiednich, stąd u dzieci występowały zatrucia salmonellą i zakażenia robakami; te ostatnie, powszechne przypadłości leczono różnymi zewnętrznymi okładami lub lekami przyjmowanymi doustnie. Niebezpieczne okazywały się tak banalne dolegliwości jak kolki, czy ząbkowanie. Tak jak i dzisiaj, dzieci zapadały na rozmaite przeziębienia, katar i kaszel, miały gorączkę, przepuklinę i wrzody, lecz owe kłopoty ze zdrowiem nie mogły mierzyć się ze znacznie groźniejszymi chorobami, kończącymi się nierzadko śmiercią lub kalectwem. Należała do nich budząca strach ospa (powodująca w najlepszym przypadku ślepotę, głuchotę i oszpecenie), czerwonka bakteryjna (dyzenteria) zwana krwawą biegunką, odra i dyfteryt (wcześniej znany pod nazwa krup). Dodać trzeba jeszcze koklusz z ciężkimi powikłaniami, zapalenie ślinianek przyusznych (popularnie zwane „świnką”) i różyczkę, często myloną ze szkarlatyną."

"Na ogół umieralność w pierwszym miesiącu życia wynosiła połowę, a czasami nawet dwie trzecie umieralności w pierwszym roku życia."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz